Wyjaśnij mi proszę, dlaczego ja i inni powinniśmy utrzymywać Ciebie i Twoją rodzinę?
Leszek Skowroński


Labourzystowski rząd Tony'ego Blaira podjął się trudnego zadania reformy reguł funkcjonowania angielskiego państwa socjalnego, którego budżet osiągnął astronomiczną sumę 100 miliardów funtów rocznie. Zrozumiałe więc jest, że przez media przetacza się fala dyskusji na ten temat. Szansę wypowiedzenia swych racji ma również szeroka rzesza odbiorców świadczeń socjalnych. Stereotypowy wywiad z bezrobotnym lub samotną matką sprowadza się zazwyczaj do wysłuchiwania ich żalów i oburzenia na niedostateczne świadczenia, z których ciężko im wyżyć, po czym dziennikarz zwraca się do zajmującego się dana działką polityka, by odpowiedział, dlaczego rząd tak mało robi dla potrzebujących. Do niedawna byłoby grubiańskim nietaktem ze strony dziennikarza spytać osobę korzystającą z zasiłku, czy stara się o pracę, czy kiedykolwiek pracowała, czy przyjęłaby pracę, a jeśli nie, to jakiej pracy się wystrzega i z jakich powodów.

Wyrazem zmieniającego się, być może, ducha czasów było kilka wywiadów z bezrobotnymi albo, jak kto woli, nie pracującymi, jakie zauważyłem ostatnio w mediach. W pierwszym rozmówcami byli rodzice pięciorga dzieci. Matka stwierdziła, że przy tylu dzieciach nie jest w stanie podjąć pracy, natomiast ojciec mówił, że pracować by chciał i nawet mógłby dostać pracę, ale że przy jego kwalifikacjach, a raczej ich braku, zarobki przyniosłyby co najwyżej 8 tysięcy funtów na rok, czyli połowę z 16 tysięcy funtów, które obecnie rodzina dostaje z opieki społecznej za nic nie robienie. Dziennikarce wyrwało się na to pytanie: wyjaśnijcie mi proszę, dlaczego ja i inni powinniśmy płacić na utrzymanie was i waszej rodziny? Mężczyzna się zająknął i nic nie odpowiedział, kobieta zaczęła się usprawiedliwiać, że gdyby to przewidziała, to nie miałaby tylu dzieci, ale że dzieci teraz już są i trzeba jakoś z tym żyć.

Kilka dni później usłyszałem w radio rozmowę z innym długoletnim bezrobotnym. Ten z kolei ma ośmioro dzieci ze swoja żoną i czworo z kochanką. Żyją wszyscy (prawdopodobnie zgodnie i szczęśliwie) w jednym komunalnym domku jednorodzinnym i o ten dom poszła sprawa. Rodzina uznała, że dom jest dla niej za mały i gmina powinna kupić im większy. Mężczyzna był podczas rozmowy wyraźnie poirytowany na opieszałość z jakim urząd zakupuje nowy dom. Czy kiedykolwiek płacił jakieś opłaty za swój obecny dom? Nie, za wszystko płaci opieka społeczna. Czy kiedykolwiek pracował? Tak, ostatni raz 25 lat temu. Czy zamierza pracować? Nie. Dlaczego? Nie - bo nie i kropka. To może żona albo kochanka pracują? Nie, nigdy nie pracowały. Może powinny iść do pracy? Absolutnie nie. Żonie do pracy iść nie pozwoli. o­n nie należy do tych mężczyzn, których żony muszą chodzić do pracy. Ile w sumie dostaje z opieki społecznej na swoja rodzinę? 26 tysięcy funtów rocznie. Czy nie uważa siebie za naciągacza i nieroba? Nie, nie uważa.

Trzecim rozmówcą był młodzieniec z kryminalną przeszłością i przyszłością. Dlaczego kradnie? Bo zasiłek nie wystarcza na jego potrzeby. Czy nie mógłby zapracować na swoje potrzeby? U niego w rodzinie nikt nigdy nie pracował. Słuchając tego wywiadu miało się wrażenie, że młodzieniec dopiero w rozmowie z dziennikarzem odkrył, iż oprócz zasiłku i rozboju ma się w życiu jeszcze jedną opcję, by uzyskać pieniądze - zapracować na nie.

Rozmówcy tych trzech wywiadów reprezentują trzy stadia rozwojowe odbiorców świadczeń socjalnych. Małżeństwu z pierwszego wywiadu było w gruncie rzeczy głupio, że żyją na koszt innych. Mają poczucie, że powinni pracować, ale jak tu pracować, kiedy w urzędzie opieki społecznej mówią im, że gdy przestaną pracować, to dostaną dwa razy więcej pieniędzy. Brać pieniądze z urzędu socjalnego to nie wstyd. Urzędnik powiedział im, że to ich prawo. Drugi rozmówca już żadnych oporów nie ma. Żąda tego, co mu się według przepisów należy - i nikomu nic do tego. Młody złodziej jest z generacji odbiorców świadczeń, która nie za bardzo rozumie o czym mowa, gdy mówi się o pracy. Chodzenie do pracy nie należy do sposobów zabijania czasu w środowisku, w którym wyrósł.

Mekką, do której podróżują ostatnio angielscy reformatorzy, jest amerykański stan Wisconsin, gdzie polityka republikańskiego gubernatora Tommy'ego Thompsona dała spektakularne rezultaty. Reformatorzy systemu pomocy społecznej oparli swój program na bardzo kontrowersyjnym dzisiaj założeniu, że nikt nie powinien brać pieniędzy za nic nie robienie. Każdy może i powinien na swoje pieniądze zapracować. Przyjmując taki punkt wyjścia udało się w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmniejszyć bezrobocie o dwie trzecie.

W miasteczku Kenosha jeszcze 7 lat temu było 3000 bezrobotnych - czyli 10 procent ludności. Dyrektor miejscowego urzędu zatrudnienia, Larry Jankowski, ma obecnie tylko 373 klientów na liście, a połowa z nich ma już zapewnione zatrudnienie. Docelowo każdy ma znaleźć zatrudnienie w sektorze prywatnym, czyli "prawdziwą" pracę. Ci, którzy w tej chwili takiej pracy znaleźć nie umieją, pracują tymczasowo w sektorze dofinansowywanym przez państwo. Reguła, której naruszyć nie wolno, to obowiązkowe 40 godzin zajęć tygodniowo, płatnych wg. najniższej stawki godzinowej w USA - czyli 5,15 dolara za godzinę. Za każdą godzinę nieobecności taką też kwotę potrąca się z wypłaty. Obowiązkowe 40 godzin może składać się w części ze szkolenia podnoszącego kwalifikacje i uczącego, jak szukać pracy. Powyższy program obejmuje wszystkich, w tym i samotne matki już po dwunastu tygodniach od urodzenia dziecka. Dzieci tych matek maja zapewnione żłobki i przedszkola. Jedna z ostatnich podopiecznych dyrektora Jankowskiego jest Jennifer Lakvold, samotna matka trójki dzieci, obecnie w ciąży z czwartym. Jennifer pracuje jako urzędniczka przez 30 godzin, a 10 spędza na szkoleniu. "Uczą mnie, żebym wstała rano z łóżka i zaczęła szukać pracy. Nic już nie jest za darmo na tym świecie"- wzdycha panna Lakvold. Jednym z najtwardszych aspektów tego programu jest warunek, że każdy ma najwyżej 60 miesięcy w swym życiu, podczas których może liczyć na pomoc finansową. Kto wykorzysta te 60 miesięcy, ma być potem pozbawiony prawa do finansowej pomocy państwa.

Jak na razie, Anglicy patrzą na to, co robią w Wisconsin, z przerażeniem. Generalne nastawienie jest takie: to u nas nigdy nie przejdzie, tak ludzi nie można traktować, a już szczególnie nie można ludziom zagrozić, że państwo będzie ich utrzymywało tylko przez pięć lat.

Stan finansów państwa jest w tej chwili dobry i Anglików stać na utrzymywanie swego olbrzymiego państwa opiekuńczego. Mają zarazem Anglicy szansę, by zastanowić się, bez zaciemniającej umysły finansowej presji, nad rzeczywistością państwa opiekuńczego. Do tej pory rozumowanie przebiegało mniej więcej następująco: gdybyśmy tylko mieli więcej pieniędzy, to udałoby się nam wykorzenić zło wynikające z biedy i stworzyć wszystkim obywatelom, a szczególnie tym przez los i środowisko pokrzywdzonym, odpowiednie i godne warunki rozwoju. Przykrym faktem jest niestety to, że wydane na pomoc społeczną w ostatnich pięćdziesięciu latach i rosnące szybko z roku na rok miliardy funtów nie zlikwidowały biedy ani różnic społecznych. O dziwo, klasa ludzi uzależnionych od pomocy społecznej drastycznie się rozrosła. Rozrosła się też gigantycznie grupa, która Anglosasi nazywają underclass (co stanowi mniej więcej odpowiednik niemieckiego pojęcia lumpenproletariatu) w której kolejne generacje tych samych rodzin uzależnione są permanentnie od świadczeń socjalnych. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą argumentować, że 100 miliardów rocznie to jeszcze za mało, że 150, 200 lub 300 miliardów na pewno rozwiązałoby wszelkie problemy. Wzrost liczebności lumpenproletariatu przy jednoczesnym szybkim wzroście świadczeń sprawia jednak, że coraz mniej nieprzyzwoite staje się stawianie pytania: czy rozbudowywanie państwowej pomocy społecznej sprzyja likwidowaniu biedy i wynaturzeń społecznych, czy też, przynajmniej od pewnego momentu, sprzyja generowaniu tych wynaturzeń przez uzależnienie ludzi od świadczeń socjalnych?



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://ktp.org.pl/